No dobra, rządzi Pani Wiosna, ale ja mam jeszcze do pokazania jesienne urobki.
W ramach jesiennego oszczędzania na ogrzewaniu powstał ciepły wełniany szal. Było to także tkanie z cyklu "biorę się z wełną za bary".
Szal miał być ciepły, ale lekki, co udało się osiągnąć dzięki ażurowemu splotowi. Jest to huck lace, jeden z moich ulubionych jak wiadomo. Wydaje mi się,
że mogłam gęściej osnuć płócienne brzegi, ale nie nie jest źle. Szal świetnie sprawdził się podczas chłodnych miesięcy (które na szczęście już za nami!).
Kolory na zdjęciach niestety trochę różnią się od rzeczywistego. Pomocą podczas prac nad ilustracjami do posta służyła Starsza Siostra Asystentki aka Mikro Modelka. Było wesoło ;-)
I jeszcze rysunek tkacki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huck weave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huck weave. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 kwietnia 2015
piątek, 28 listopada 2014
Linen love affair
Lniany romans trwa i oczywiście jest brzemienny w skutki. Oto jego owoce. W roli głównej ponownie potrójna "Lenka". Dwa pierwsze szale tkane są splotem Atwater-Bronson lace, pozostałe splotem huck lace, wszystkie na 8 nicielnic.
I to by było na tyle. Coś niewygadana jestem ostatnio. Ale za to pracowita ;-).
I to by było na tyle. Coś niewygadana jestem ostatnio. Ale za to pracowita ;-).
czwartek, 9 stycznia 2014
Z życia tkacza
W nowy rok wkroczyłam raźnym, tkackim krokiem, mówiąc sobie: "będzie lepiej!" i uśmiechając się krzywo podczas n-tego naprawiania przerwanych nici osnowy. Mam na warsztacie bardzo delikatną bawełnę, która pokazuje mi spore rogi. Jednak bawełna owa pewnie nie wie, że szczycę się oślim uporem, co stawia ją na przegranej pozycji. Z bawełny będą szale w splocie huck, ale nie lace, lecz spot - nie będzie typowych ażurów, a punkciki.
Szale powstają na... krośnie Standard Glimåkry! Ye-ye-ye! Warsztat od Pana Antika, kupiony jesienią; cały czas się poznajemy. Krosno jest ośmionicielnicowe, counterbalance, ale nie mam odpowiednich bloczków, żeby uruchomić osiem nicielnic. Po namyśle postanowiłam nie dorabiać bloczków, tylko przerobić warsztat na kontrmarsz. Negocjacje z Nadwornym Inżynierem zakończyły się pomyślnie, przeróbka powinna odbyć się niebawem. Zadanie ułatwi nam post Maliz, w którym zamieściła precyzyjny rysunek techniczny elementów mechanizmu. Poza tym - krosno jest wieeelkie. Cieszę się, że szlify zdobywałam na Julii Glimåkry, która jest znacznie poręczniejsza, bo gdybym swoje samouctwo zaczęła od tego kolosa, mogłabym dziś być siwa.
W międzyczasie nabyłam "A Weaver's Book of 8-Shaft Patterns from the Friends of Handwoven" (była taka przecena, że zgrzeszyłabym, gdybym jej nie kupiła). To obszerny album wzorów tkackich wykorzystujących wiele różnych splotów; w sumie 765 wzorów. Choć pewne fragmenty są dla mnie, hm... powiedzmy mniej niezrozumiałe ;-), ponieważ interesowałam się tematami wcześniej, na razie głównie przeglądam książkę z nabożną czcią i świadomością, że muszę się uczyć, uczyć, uczyć... Możliwości jakie daje osiem nicielnic są zachwycające.
Zgodnie z październikową zapowiedzią uszyłam "coś tam" z niektórych tkanin. Powstały dwie saszetki na zamek, które powędrowały pod choinki i pojemna sakwa, do której najstarsze dziecię zbierało słodycze podczas ubiegłego halloween. Nadmienię, iż pozostaję mierną szwaczką.
Zupełnie zapomniałam pochwalić się, że kilka miesięcy temu uszyłam woreczek z jednej z cracklowych próbek. Pozostałe próbki wiodą żywot w głębokim ukryciu, ale na pewno przy którymś generalnym sprzątaniu się spotkamy ;-).
No, teraz to już chyba wszystko...
A, nie! Jeszcze trochę fajnej muzyki od sąsiadów.
Szale powstają na... krośnie Standard Glimåkry! Ye-ye-ye! Warsztat od Pana Antika, kupiony jesienią; cały czas się poznajemy. Krosno jest ośmionicielnicowe, counterbalance, ale nie mam odpowiednich bloczków, żeby uruchomić osiem nicielnic. Po namyśle postanowiłam nie dorabiać bloczków, tylko przerobić warsztat na kontrmarsz. Negocjacje z Nadwornym Inżynierem zakończyły się pomyślnie, przeróbka powinna odbyć się niebawem. Zadanie ułatwi nam post Maliz, w którym zamieściła precyzyjny rysunek techniczny elementów mechanizmu. Poza tym - krosno jest wieeelkie. Cieszę się, że szlify zdobywałam na Julii Glimåkry, która jest znacznie poręczniejsza, bo gdybym swoje samouctwo zaczęła od tego kolosa, mogłabym dziś być siwa.
W międzyczasie nabyłam "A Weaver's Book of 8-Shaft Patterns from the Friends of Handwoven" (była taka przecena, że zgrzeszyłabym, gdybym jej nie kupiła). To obszerny album wzorów tkackich wykorzystujących wiele różnych splotów; w sumie 765 wzorów. Choć pewne fragmenty są dla mnie, hm... powiedzmy mniej niezrozumiałe ;-), ponieważ interesowałam się tematami wcześniej, na razie głównie przeglądam książkę z nabożną czcią i świadomością, że muszę się uczyć, uczyć, uczyć... Możliwości jakie daje osiem nicielnic są zachwycające.
Zgodnie z październikową zapowiedzią uszyłam "coś tam" z niektórych tkanin. Powstały dwie saszetki na zamek, które powędrowały pod choinki i pojemna sakwa, do której najstarsze dziecię zbierało słodycze podczas ubiegłego halloween. Nadmienię, iż pozostaję mierną szwaczką.
Zupełnie zapomniałam pochwalić się, że kilka miesięcy temu uszyłam woreczek z jednej z cracklowych próbek. Pozostałe próbki wiodą żywot w głębokim ukryciu, ale na pewno przy którymś generalnym sprzątaniu się spotkamy ;-).
No, teraz to już chyba wszystko...
niedziela, 8 grudnia 2013
Jeszcze trochę ażurów...
...które tak naprawdę nie są ażurowe. Po lnianych szalikach założyłam na krosno bawełnianą osnowę i wykorzystując ten sam sposób przewleczenia nici przez nicielnice utkałam szale takie oto:
Przy okazji przetestowałam metodę dowiązywania nowej osnowy do starej. Przetestowałam i raczej do niej nie wrócę. Wiązanie nici zajęło mi ok. trzech razy więcej czasu niż nawijanie i przewlekanie przez struny i płochę razem wzięte. Z pewnością można w tej czynności dojść do wprawy, ale ja się o tym nie przekonam ;-)
Dla tych, którzy pokuszą się o wiązanie: 1. odpuściłam sobie węzeł tkacki i robiłam "normalny" supełek - wszystkie wiązania wytrzymały, nic się nie rozwiązało, nie poluzowało ani nie zerwało; 2. jeżeli przewleczenie przez płochę jest gęstsze niż jedna nitka na jedną szczelinę, należy przenieść skrzyżowanie nici osnowy przed płochę, aby zachować właściwy porządek nici.
Przy okazji przetestowałam metodę dowiązywania nowej osnowy do starej. Przetestowałam i raczej do niej nie wrócę. Wiązanie nici zajęło mi ok. trzech razy więcej czasu niż nawijanie i przewlekanie przez struny i płochę razem wzięte. Z pewnością można w tej czynności dojść do wprawy, ale ja się o tym nie przekonam ;-)
Dla tych, którzy pokuszą się o wiązanie: 1. odpuściłam sobie węzeł tkacki i robiłam "normalny" supełek - wszystkie wiązania wytrzymały, nic się nie rozwiązało, nie poluzowało ani nie zerwało; 2. jeżeli przewleczenie przez płochę jest gęstsze niż jedna nitka na jedną szczelinę, należy przenieść skrzyżowanie nici osnowy przed płochę, aby zachować właściwy porządek nici.
wtorek, 5 listopada 2013
Len, len... Czy już mówiłam, że mam słabość do lnu?
Tak, zdecydowanie mam słabość do lnu. Tym postem wyrażam głębokie i szczere uczucie jakim obdarzyłam len - Tak sobie myślę, że to początek pięknej przyjaźni :-). O naszych wspólnych przygodach będzie innym razem.
Len pojedynczy, wpi ok. 54-58, splot huck lace. Bardzo trudno było zrobić zdjęcia, na których byłby rzeczywisty kolor, szczególnie w przypadku czerwonego szala. I za wszelką cenę starałam się uchwycić, jak pięknie lśni tkanina - mam nadzieję, że się udało.
Len pojedynczy, wpi ok. 54-58, splot huck lace. Bardzo trudno było zrobić zdjęcia, na których byłby rzeczywisty kolor, szczególnie w przypadku czerwonego szala. I za wszelką cenę starałam się uchwycić, jak pięknie lśni tkanina - mam nadzieję, że się udało.
sobota, 20 lipca 2013
Huck lace szal(eństwo)
Z warsztatu zszedł kolejny ażurowy szal. Na pewno nie był ostatni, bo podobają mi się możliwości splotu huck lace.
Szal tkany z użyciem ośmiu nicielnic. Przędza lniano-wiskozowa, cienka, wpi 54 (osnowa 25 epi).
Takie były początki. Nie obyło się bez błędu. To niewiarygodne ile uwagi należy poświęcić zakładaniu osnowy. Byłam naprawdę staranna, wszystko liczyłam i sprawdzałam dwa razy! Naprawienie błędu samo w sobie nie było trudne, ale to zawsze denerwująca starta czasu. Zacznę sprawdzać trzy razy...
A tak wygląda efekt pierwszego podejścia. Tkanina jest "niezrównoważona": na 12 epcm (ends per centymetr = nici osnowy na centymetr) przypada aż 17 ppcm (pics per cm = przerzutów wątku na centymetr) i dlatego jest zbyt gęsta.
Po małej korekcie w przewleczeniu płochy było już dobrze.
Odkryłam pewną ważną cechę krosien stołowych - konieczność podnoszenia każdej nicielnicy osobno pomaga zrozumieć budowę splotu. Na początku tkania nie można obejść się bez kartki, ale po jakimś czasie można sobie poradzić bez "ściągania" i to nie dlatego, że zna się treadling na pamięć (bo się nie zna), ale dlatego, że budowa splotu jest zrozumiała. Zrozumienie zasad jakie rządzą splotem pozwala zapamiętywać całkiem spore sekwencje liczb. To fascynujące.
Wiem co mówię, bo najpierw tkałam huck lace'a na krośnie z "napędem" nożnym i w życiu nie pomyślałabym, żeby analizować, które nicielnice kiedy podnoszę i czy jest w tym jakaś metoda. A okazuje się, że jest. Oczywiście można na temat budowy splotów poczytać, ale kto próbował uczyć się tkactwa teoretycznie, bez podparcia praktyką, ten wie, że to niemożliwe. No.
A w czasie, gdy ja trzaskałam kolejne zdjęcia szalika, sprytny synek podkradał aparat i trzaskał zdjęcia... dinozaurom. Między kolejnymi ujęciami szala znaleźć można takie oto perełki:
Dlatego dziś paleontologiczna piosenka dla synka (ale tak naprawdę to ja ją lubię znacznie bardziej niż on...).
Szal tkany z użyciem ośmiu nicielnic. Przędza lniano-wiskozowa, cienka, wpi 54 (osnowa 25 epi).
Takie były początki. Nie obyło się bez błędu. To niewiarygodne ile uwagi należy poświęcić zakładaniu osnowy. Byłam naprawdę staranna, wszystko liczyłam i sprawdzałam dwa razy! Naprawienie błędu samo w sobie nie było trudne, ale to zawsze denerwująca starta czasu. Zacznę sprawdzać trzy razy...
A tak wygląda efekt pierwszego podejścia. Tkanina jest "niezrównoważona": na 12 epcm (ends per centymetr = nici osnowy na centymetr) przypada aż 17 ppcm (pics per cm = przerzutów wątku na centymetr) i dlatego jest zbyt gęsta.
Po małej korekcie w przewleczeniu płochy było już dobrze.
Odkryłam pewną ważną cechę krosien stołowych - konieczność podnoszenia każdej nicielnicy osobno pomaga zrozumieć budowę splotu. Na początku tkania nie można obejść się bez kartki, ale po jakimś czasie można sobie poradzić bez "ściągania" i to nie dlatego, że zna się treadling na pamięć (bo się nie zna), ale dlatego, że budowa splotu jest zrozumiała. Zrozumienie zasad jakie rządzą splotem pozwala zapamiętywać całkiem spore sekwencje liczb. To fascynujące.
Wiem co mówię, bo najpierw tkałam huck lace'a na krośnie z "napędem" nożnym i w życiu nie pomyślałabym, żeby analizować, które nicielnice kiedy podnoszę i czy jest w tym jakaś metoda. A okazuje się, że jest. Oczywiście można na temat budowy splotów poczytać, ale kto próbował uczyć się tkactwa teoretycznie, bez podparcia praktyką, ten wie, że to niemożliwe. No.
A w czasie, gdy ja trzaskałam kolejne zdjęcia szalika, sprytny synek podkradał aparat i trzaskał zdjęcia... dinozaurom. Między kolejnymi ujęciami szala znaleźć można takie oto perełki:
Dlatego dziś paleontologiczna piosenka dla synka (ale tak naprawdę to ja ją lubię znacznie bardziej niż on...).
niedziela, 21 kwietnia 2013
Koronkowo
Utkałam szalik. Miał być na wiosnę, ale bardzo zimne przedwiośnie zamieniło się od razu w lato, więc szalik będzie musiał poczekać do jesieni. Autorką projektu Light and lacy Huck-lace scarf jest Madelyn van der Hoogt ("Handwoven" May/June 2009).
Użyłam przędzy bawełnianej (z jakąś domieszką - oplotem). Niestety, osnowę zrobiłam zbyt luźną. Gdyby była ciut gęstsza, struktura byłaby lepiej widoczna.
Było to moje drugie podejście do huck lace'a. Jest to jeden ze splotów, którego rzeczywisty wygląd uwidacznia się dopiero po wykończeniu tkaniny na mokro. Pierwsze zdjęcie przedstawia szal na warsztacie - struktura jest prawie niewidoczna. Zdjęcia drugie i trzecie zostały zrobione kilkanaście minut po zdjęciu szala z krosna i pomiętoleniu go trochę; widać już jak nici powoli się "odprężają". Trzecie zdjęcie przedstawia tkaninę po wypraniu, wysuszeniu i wyprasowaniu.
"Lejsy" dla stabilizacji potrzebują płóciennych brzegów. I tu mała ciekawostka: splot płócienny, pozornie najprostszy (bo nieskomplikowany), tak naprawdę jest sprawdzianem umiejętności i kunsztu tkacza (to nie moje słowa, znalazłam je szukając informacji o huck lejsie). Dla ścisłości - sprawdzianem tym są brzegi. Ach, te brzegi! Moje są momentami zmasakrowane, a momentami jedynie pokiereszowane, a czasami tylko odrobinę zdefasonowane ;-). Usprawiedliwiam się tym, że w trakcie tkania kilkakrotnie zmieniałam sposób dobijania wątku, co w widoczny sposób wpłynęło na ich wygląd. Parę innych czynników też. Spostrzeżenia sobie wynotowałam i przy następnym podejściu postaram się skorygować to i owo.
A tak w ogóle to szalik mi się podoba.
Użyłam przędzy bawełnianej (z jakąś domieszką - oplotem). Niestety, osnowę zrobiłam zbyt luźną. Gdyby była ciut gęstsza, struktura byłaby lepiej widoczna.
Było to moje drugie podejście do huck lace'a. Jest to jeden ze splotów, którego rzeczywisty wygląd uwidacznia się dopiero po wykończeniu tkaniny na mokro. Pierwsze zdjęcie przedstawia szal na warsztacie - struktura jest prawie niewidoczna. Zdjęcia drugie i trzecie zostały zrobione kilkanaście minut po zdjęciu szala z krosna i pomiętoleniu go trochę; widać już jak nici powoli się "odprężają". Trzecie zdjęcie przedstawia tkaninę po wypraniu, wysuszeniu i wyprasowaniu.
| Tkanina na krośnie |
| Tkanina kilkanaście minut po zdjęciu z warsztatu |
| Tkanina kilkanaście minut po zdjęciu z warsztatu |
| Tkanina po wypraniu |
"Lejsy" dla stabilizacji potrzebują płóciennych brzegów. I tu mała ciekawostka: splot płócienny, pozornie najprostszy (bo nieskomplikowany), tak naprawdę jest sprawdzianem umiejętności i kunsztu tkacza (to nie moje słowa, znalazłam je szukając informacji o huck lejsie). Dla ścisłości - sprawdzianem tym są brzegi. Ach, te brzegi! Moje są momentami zmasakrowane, a momentami jedynie pokiereszowane, a czasami tylko odrobinę zdefasonowane ;-). Usprawiedliwiam się tym, że w trakcie tkania kilkakrotnie zmieniałam sposób dobijania wątku, co w widoczny sposób wpłynęło na ich wygląd. Parę innych czynników też. Spostrzeżenia sobie wynotowałam i przy następnym podejściu postaram się skorygować to i owo.
A tak w ogóle to szalik mi się podoba.
czwartek, 3 stycznia 2013
Jak to z ręcznikami było
Kiedy robiłam zdjęcia ręczniki nie były wykończone (widać na zdjęciach).
Zresztą nadal nie są :-P
Ano niełatwo było. Jak już wiadomo, zamarzyły mi się takie, gdy tylko je zobaczyłam. Ale problem był ze zdobyciem odpowiedniej bawełny. Powinna być ona dosyć cienka i niemerceryzowana. Nie znalazłam w Polsce takiego produktu. Jest albo bawełna niemerceryzowana gruba (tzn. zbyt gruba na ręczniki), albo cienka bawełna merceryzowana, a taka nie jest zbyt chłonna.
Nie mam pojęcia jaką grubość ma ta bawełna, której użyłam. Kupiłam ją na Allegro, tak w ciemno. Próbowałam ją sobie przemierzyć, ale nie wiem na ile dokładny był ten mój pomiar. Wyszło mi, że ma jakieś 550 m / 100 g.
Trochę mi te ręczniki szły jak po grudzie. Część kłopotów opisałam, ale to nie wszystkie. Popełniłam błędy, które zauważyłam zbyt późno, żeby je poprawić. Tzn. teoretycznie dałoby się je naprawić, ale praktycznie kosztowałoby to dużo czasu, pracy lub materiału, więc zrezygnowałam i potraktowałam ręczniczki wprawkowo. Doszłam do wniosku, że skoro nie będą one zdobić mego stołu, tylko służyć mym upapranym rękom w kuchni, mogą sobie mieć błędy.
Mimo wielu prób nie udało mi się zrobić zdjęcia, na którym kolory wyszłyby prawdziwie, wybrałam więc te najbardziej do prawdziwych zbliżone. Osnowa była turkusowa. Na wątek wzięłam trzy kolory: niebieski, różowy i jasnopomarańczowy. O ile turkus z niebieskim komponuje się bardzo ładnie, o tyle z różowym już tak se, a z pomarańczowym tworzą kompozycję kolorystyczną bliską jakiejś spranej szmacie... Cóż...
Błędy jakie jeszcze udało mi się zrobić to: 1. za gęsto przewlec w dwóch miejscach nici przez płochę (widać to na zdjęciach - takie zagęszczenie wzoru, jaśniejsze paski), 2. nierówno dobijać wątek - to naprawdę nie takie łatwe na jakie wygląda, a każde oderwanie od pracy dodatkowo wybija z rytmu i utrudnia równe dobijanie. Po wypraniu ręczników trochę się te różnice zatarły, ale tylko trochę. Dopóki materiał był na warsztacie mogłam normalnie palcem pokazywać, w którym momencie musiałam wstać od krosna. 3. "zgubić" wzór - zazwyczaj dlatego, że przesunięty rozpinacz zasłaniał mi ostatnie centymetry roboty. Przyznaję się bez bicia, że nie chciało mi się tego naprawiać; po prostu w kilku miejscach te ciemne prostokąciki są dłuższe lub krótsze. 4. zapomniałam utkać na początku i na końcu każdego ręcznika kilku centymetrów samym splotem płóciennym. To chyba mój najgorszy grzech. Taki "płócienny" kawałek zdobi tkaninę i pozwala łatwiej ją podwinąć. Ale przygody z ręcznikami jeszcze nie kończę, bo bawełny starczy jeszcze na kilka, będę więc miała okazję się poprawić ;-).
Ręczniki wyprałam w automacie za wiele się z nimi nie pieszcząc. Cele jakim mają służyć dyskwalifikują jakieś delikatne programy. Mogę powiedzieć tyle, że się nie rozpadły - to dobrze wróży :-D
Tu widać różne błędy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































